Trafiła do nas, gdyż nie nadawała się do zwykłego domu. Była dzika, wystraszona, nieufna i niespokojna. Podczas spacerów lub w czasie pobytu w ogródku cały czas krążyła wokół niczym pies pasterski. Choć przypomina z wyglądu labradorkę, to z temperamentu i ruchliwości bardziej upodabnia się do mieszańca amstafa czy pitbula (z wyjątkiem agresji, której nie wykazuje).
Na samym początku wakacji, jakiś pseudo człowiek wyrzucił ją na parkingu Osiedla Różanka przy ul. Chorwackiej we Wrocławiu. Została zauważona ponieważ nieustannie była widziana w biegu. Nie podchodziła do ludzi - bała się ich. Jedni ludzie ją karmili i poili, a inni przeganiali, bo często oszczekiwała przechodniów, a także w nocy urządzała sobie szczekanie. Błąkała się tak prawie trzy miesiące. Kilku mieszkańców postanowiło ją złapać, ale była sprytna i nieprzewidywalna. Znikała i pojawiała się nagle i nieregularnie. Widywano ją w różnych miejscach na osiedlu. Wolontariusze w porozumieniu ze mną kilkakrotnie próbowali jej podać Sedalin. Gdy to się wreszcie udało i została przeniesiona do biura inicjatorów akcji, zostałem wezwany w celu zbadania suki. Okazało się, że jest zdrowa, ale nie ma dokąd jej przenieść. Wobec tego wziąłem ja na DT (dom tymczasowy) do domku na Osobowicach. W ciągu pierwszych godzin i dni okazało się, że suka nie nadaje się do mieszkania ani do nikogo właściwie, bo jest półdzika i taka jak ją opisałem na wstępie. Było dla mnie jasne, że tylko ja w tym momencie mogę się nią odpowiednio zająć. Ponieważ suka była po strasznych przejściach, to nie było mowy bym pozwolił na to aby przeżywała kolejne stresy związane z rozłąką. Dlatego została z nami. Trafiła do nas na dzień przed Syriuszem, którego już 2 dni wcześniej postanowiliśmy zaadoptować. W ten sposób niespodziewanie staliśmy się opiekunami dwóch psów: Sary i Syriusza.
Sara jest wspaniałą, delikatną i wrażliwą psiną, ale jeszcze długo będzie w sobie nosić piętno przeżyć z dzieciństwa i młodości.